RSS
czwartek, 26 kwietnia 2012

Dzięki pewnej bardzo aktywnej na polu promowania literatury polskiej blogerce, Sabince, popełniłam takie oto ABC:

http://www.sabinkat1.blogspot.com/2012/03/abcanny-fryczkowskiej.html

Tym samym znalazłam się w gronie kilkunastu polskich pisarek i pisarzy, których Sabinka przesłuchała w ten sam sposób. Pozostając w podziwie dla jej inicjatywy i pasji, z którą to robi, zachęcam, by tam zajrzeć, z trzech powodów:

1. Można zobaczyć zdjęcie, na którym widnieję z siostrą, a obie mamy na głowach kokardy wielkości modyfikowanych genetycznie motyli.

2. Można poczytać, co sądzę o erotyce, otyłości, niskich mężczyznach, popcornie, zwierzakach i paru innych rzeczach.

3. Można też wygrać książkę. Moją. Jedną z dwóch - "Kobietę bez twarzy" lub tę najnowszą, która wychodzi 8 maja, "Starsza pani wnika". Wystarczy podzielić się ze mną jakąś zgrabną, słuszną i najlepiej dowcipną maksymą życiową. Termin do 1 maja, kiedy to wreszcie wybiorę najciekawszą dla mnie sentencję.

19:30, annafryczkowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2012

 

Po raz kolejny czytam, we wzmiance nt. mojej "Kobiety bez twarzy", że "dziesięciolatka nie może mieć takiej percepcji. To było postrzeganie prawie dorosłej kobiety". Tym razem napisała o tym Octoberperson, o tutaj:

http://octoberperson.blogspot.com/2012/01/siodemka-hurtem.html

Oświadczam więc niniejszym:

Dwa lata temu, gdy pisałam tę książkę, była w Polsce przynajmniej jedna dziesięciolatka, która myślała w opisany w książce, wyrafinowany i dojrzały sposób. Myślała nawet dojrzalej, ale już nie chciałam z tym przeginać :-) Daję na to słowo honoru, mam też świadków, są też na to dowody wideo oraz pisane. Śmiem twierdzić, że tych podobnych dziesięciolatek było nawet ciut więcej niż jedna, bo moja córka ma kilka równie wybujałych intelektualnie koleżanek.

10:46, annafryczkowska
Link Komentarze (2) »
środa, 18 kwietnia 2012

 I znowu ładuję się na pasy w płonnej nadziei, że uda mi się przejść na drugą stronę jezdni.  Świateł tam akurat nie ma, więc powodzenie wyprawy zależy nie tyle od zdyscyplinowania kierowców, co od mojej bystrości ćwiczonej na grach komputerowych typu Temple Run. Żaden z samochodów bowiem nie hamuje ani nie zwalnia, prędzej skręcą na drugi pas lub przyspieszą, by mnie wyminąć, najlepiej z przodu, niemal przejeżdżając mi po stopach. To grozi śmiercią lub kalectwem, ale cóż, muszę przejść na drugą stronę. Nie wieczorem, gdy ruch osłabnie, ale teraz. W Warszawie, gdzie tylko frajerzy przystają przed pasami, by przepuścić pieszych. Ale przecież tu nie ma frajerów.

Pamiętam, gdy pewnego dnia wracałam do domu z przychodni pediatrycznej, z dzieckiem w wózku. Stanęłam przed przejściem dla pieszych, takim bez świateł, by doczekawszy się przerwy w ruchu przejść na drugą stronę. Gdybym szła sama, zaryzykowałabym i weszła na pasy, z dzieckiem w wózku jednak bałam się ryzykować. I stałam tak, ze łzami napływającymi do oczu, a potem już otwarcie łkając z wściekłości, z wyjącym dzieckiem, patrząc na przejeżdżające jeden za drugim samochody, stałam tak przez osiemnaście minut podczas których nikt, słownie: nikt nie zahamował przed przejściem dla pieszych przy przychodni pediatrycznej, by przepuścić na pasach zaryczaną matkę z zaryczanym dzieckiem.

I być może mój syn dochowałby się wąsów, a może nawet i własnych dzieci przy tamtej zebrze na Grzybowskiej, gdybym w pewnym momencie, wściekła i zrozpaczona, nie wysunęła przed siebie dłoni ze środkowym palcem bodącym niebo. Na taki obelżywy gest jeden z samochodów stanął. Nieważne, że z piskiem opon, nieważne że parę metrów za przejściem, grunt że stanął, więc za nim stanęły i kolejne, a ja, lawirując między nimi i modląc się, by w międzyczasie nie ruszyły, przepchałam wózek na drugą stronę, starając się nie słyszeć wyzwisk kierowcy, który otworzył okienko, by wypomnieć mi soczyście moje fatalne zachowanie („Ja też ci pokażę faka, ty szmato” należało do zdań najłagodniejszych).

Teraz dzieci już duże, niedługo same pewnie będą pchały wózki, a ja nadal codziennie ryzykując życie przechodzę przez przejścia dla pieszych, gdzie chcąc nie chcąc ładuję się dzielnym kierowcom niemal pod koła. Ciągle mam jednak nadzieję umrzeć we własnym łóżku, a nie potrącona przez samochód na zebrze, jak setki pechowych polskich pieszych.

Za porady, żebym lepiej nie wychodziła z domu, dziękuję.

piątek, 13 kwietnia 2012

Warszawa, inteligencka dzielnica Żoliborz, inteligencki wieczór, dwudziesta trzecia, wracam do domu z filmu nagrodzonego na festiwalu w Sundance, wysiadłszy z metra pełnego inteligentów zdążających ku swym wypełnionymi książkami domom. Idę swoim czystym, ładnie utrzymanym podwórkiem, by wejść do czystej, ładnie utrzymanej klatki, a stamtąd do nieco mniej czystego, ale potencjalnie ładnego mieszkania. Jestem nieco zgnębiona, bo film za wesoły nie był, ale i zadumana, bo jest o czym myśleć. I nagle ciemność przecina błyskawica, która prawie mnie muskając pada tuż przede mną na chodnik, gdzie zmienia się w żarzącą się kropkę.

Ktoś wyrzucił peta z okna. Pac. Żarzący się pet o mały włos by mnie naznaczył. Trafiłby we mnie. We włosy, może w twarz, w płaszcz. Dziura w płaszczu, spalony kosmyk, okrągłe oparzenie na policzku. Ktoś celował w tę chłodnawą noc, w nocnego przechodnia, czy tak z bezmyślności? Chłodnawy, refleksyjny nastrój zmienia się w irytację. I strach. Boję się zadrzeć twarz, by spojrzeć do góry, które to okno jest otwarte, bo a nuż oberwę drugim żarzącym się niedopałkiem, w oczy, w usta, w policzki. A jeśli zapalił/a kolejnego? Jeśli było ich dwoje? Jeśli krztuszą się teraz ze śmiechu patrząc na moje przerażenie? Jeśli zaraz znowu strzelą?

Umykam do swojej klatki, do swojego domu, do swojej twierdzy. Boję się tego dysonansu, realnego niebezpieczeństwa, przeczucia nieszczęścia, śmierci, kalectwa, pojawiającego się tak nagle podczas ciepłego wieczoru. Pomstuję na tę złudę, udawanie, że żyję w miejscu, gdzie jest bezpieczniej, milej, kulturalniej. Boję się.

09:16, annafryczkowska
Link Komentarze (4) »
środa, 04 kwietnia 2012

 

Jedno moje dziecko idzie właśnie do gimnazjum, drugie do liceum, ciężki rok, inkrustowany testami, egzaminami i nieustannym poganianiem nauczycieli „uczcie się”. Parę dziennie godzin nauki i odrabiania po szkole,  zmęczenie, niewyspanie, blade twarze, weekendy spędzone nad książkami. Mało czasu na własne inicjatywy, córka nie ma kiedy pisać swojej prozy, nie ma siły na taniec czy bieganie, syn coraz rzadziej gra i komponuje, pisanie też zarzucił. No bo kiedy? Brak przestrzeni na własne inicjatywy, bo należy zassać tony informacji metodą odkurzacza.

Po co moim dzieciom znajomość tylu dat z historii? Może bardziej użyteczna byłaby znajomość procesów historycznych? Co jest ważniejsze? Jak się kończą rewolucje czy kto co zrobił którego dnia rewolucji? Zamieszanie z jakobinami i stanami generalnymi jest trudne do ogarnięcia, a w tym ogarnianiu umyka zupełnie ważna myśl, że każda rewolucja pożera własne dzieci. Przy tym skupieniu na detalu nie ma miejsca ani czasu na odejście o trzy kroki i zastanowienie się, czego nas to uczy. A przecież detal czeka o wyciągnięcie ręki w każdym komputerze z dostępem do internetu, natomiast myślenia i refleksji własnej tam nie znajdziemy.

No dobrze, powiedziała jedna moja koleżanka, ale są miejsca, gdzie tego komputera z dostępem nie ma. I wtedy wiedzę trzeba mieć w głowie.

Cóż, jeśli moje dzieci trafią na środek pustyni, to data drugiego rozbioru Polski czy imię Robespierre’a będzie ostatnią potrzebną im informacją. Wtedy powinni raczej wiedzieć, które rośliny są jadalne, jak się chronić przed zimnem i skorpionami oraz jak wyznaczyć kierunki świata. Jak szukać nieoczywistych rozwiązań, jak nie tracić ducha, jak rozmawiać z ludźmi, których może tam spotkają, jak uszanować ich zwyczaje i poprosić o pomoc. Tego też szkoła nie uczy. Będą natomiast mieli wiedzę, jakie pod piachem kryją się bogactwa naturalne i jakie rodzaje skał widzą na horyzoncie. No i w którym okresie geologicznym te skały powstały.

Oboje chcą iść do szkół, do których trzeba zdać dodatkowe egzaminy. Co jednak, szczęśliwie, nie oznacza kolejnej porcji wiedzy do zassania. Te egzaminy bowiem są bardzo odległe od tego, co serwuje im się na teście szóstoklasisty czy gimnazjalnym, gdzie należy się wykazać głównie wiedzą pamięciową, czytaniem ze zrozumieniem oraz napisaniem krótkiego tekstu wg szablonu przećwiczonego na lekcjach.

Na egzaminach do szkół, które sobie wybrali, należy się wykazać samodzielnym myśleniem, własnymi poglądami, umiejętnością nawiązania kontaktu i kreatywnością. Przedtem muszą przeczytać lektury, o których powinni mówić po swojemu, a nie mądrościami rodem ze szkolnych bryków. Jak się do tego przygotować? – pyta zgnębiona nieustannym przygotowaniem się do wszystkiego moja córka, która jeszcze parę lat temu zadawała pytania godne wielkich filozofów (a co, jeśli życie jest snem? Skąd wiemy, ze żyjemy? Tylko stąd, że myślimy), a teraz nie ma na to czasu.

W jednej z tych szkół, na dniu otwartym, ktoś z rodziców spytał:

– A jakie wasi uczniowie mają wyniki testu gimnazjalnego?

Dyrektor odparł, że nie pamięta i właściwie się tym nie interesuje, ale zapewne można tę liczbę znaleźć w internecie. Wśród zebranych rodziców (nie wszystkich) od razu wionął lekki szmerek dezaprobaty, bo te cholerne punkty świadczące o zassanej wiedzy decydują obecnie niemal o wszystkim. Od razu pokochałam owego dyrektora przyznającego się publicznie do niepopularnych poglądów, zwłaszcza gdy dodał, że jego interesuje głównie, żeby młodzi ludzie w jego szkole nie zatracili ciekawości świata i rozwijali się, myśleli, szukali nowych rozwiązań. Żeby wypuścić ich mądrzejszych, dojrzalszych oraz bardziej świadomych własnych talentów i możliwości niż gdy tu przyszli. Test wtedy też im się uda jakoś tam zdać, a na pewno będą lepiej przygotowani do wyzwań dorosłości.

Mam zatem nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. Że rola odkurzaczy, w jaką wtłoczono moje dzieci, nie jest jeszcze ostateczna. I że przez najbliższych kilka lat uda nam się na czesne do tych szkół zarobić.

 

 

12:47, annafryczkowska
Link Komentarze (7) »