RSS
środa, 23 stycznia 2013

W ostatnich dniach dostałam kilkaset listów od rodziców, których dzieci palą/biorą narkotyki i rozwalają sobie życie; od nastolatków zatroskanych, że kolega pali i co mają z tym zrobić; od rodziców w podobnej sytuacji (samobójstwo po narkotykach); od osób, które chcą działać w fundacji, gdyby powstała; od osób, które pod wplywem moich apeli przetestowały dzieci i ku swojej zgrozie odkryły, że i one mają problem. Dostaję też mnóstwo zwykłych, dobrych listów z wyrazami wsparcia. Dziękuję. Postaram się odpisać wszystkim.

To, co się dzieje teraz w mediach, zaskoczyło mnie. Nigdzie nie wypowiadałam się o moich poglądach na kwestię legalizacji tzw. miękkich narkotyków. Nigdzie nie mówiłam nic o penalizacji posiadania. Nigdy nie miałam i nie mam zamiaru angażować się w polityczno-ekonomiczne spory. Jeśli na palenie/branie decydują się dorosłe osoby, jest to ich decyzja i ich sprawa, mnie nic do tego.

Mnie chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi mi o dzieci (tak, dilerzy trafiają nawet do podstawówek) i nastolatków.

Moje przesłanie jest dość proste: rodzice, obserwujcie uważnie swoje dzieci pod kątem ewentualnego używania substancji psychoaktywnych, a najlepiej róbcie im na to testy. Test z moczu lub śliny można zrobić samemu w domu, kupuje się go w niemal każdej aptece.

Zanim zrobicie test, zajrzyjcie do internetu, dzieciaki dzielą się dziesiątkami sposobów na oszukiwanie tych testów. Bądźcie świadomi, zainwestujcie w lepsze testy, nie dajcie się oszukać i róbcie je w miarę regularnie.

Dilerzy niestety są wszędzie, uderzają do dzieci i nastolatków na różne sposoby, a towar, który sprzedają, bywa niekiedy bardzo zanieczyszczony. Choć nieprawdą jest jakoby czysta marihuana była nieszkodliwa. Jej wpływ na rozwijający się organizm bywa zgubny, a u depresyjnych czy lękowych nastolatków wydobywa na wierzch najgorsze rzeczy.

Tu więcej na ten temat:

http://www.rcpsych.ac.uk/expertadvice/translations/polish/konopieindyjskiemarihuana.aspx

I po angielsku:

http://www.talktofrank.com/drug/cannabis#aka=Marijuana

I moje drugie przesłanie: jeśli myślicie, że dziecko zadbane, porządnie wychowane, kochane, z którym się dużo rozmawia i ma niezły kontakt, jest bezpieczne, to nieprawda. To nie jest problem zaniedbanych nastolatków. To jest problem wszystkich nastolatków, bo wszystkie mają z narkotykami kontakt, narkotyki są w każdej szkole albo pod każdą szkołą, można je kupić pod każdym centrum handlowym i spróbować na prawie każdej imprezie. Jedne dzieciaki umieją odmówić, inne chcą zaekspeerymentować. I nie mamy nigdy pewności, czy nasze ukochane dziecko nie postanowiło spróbować tego, co zachwalają w mediach prawie wszyscy, a co ma na wyciągnięcie ręki.

Rodzice, róbcie swoim nastoletnim dzieciom testy i tyle.  Może się uda uniknąć kolejnych tragedii, może się uda uniknąć rozwalonej psychiki u kolejnych młodych ludzi.

 

 

 

 

12:49, annafryczkowska
Link Komentarze (17) »
niedziela, 20 stycznia 2013

W moim, naszym życiu stało się coś bardzo trudnego. Może najtrudniejszego dla człowieka. Rodzica. Nie jest mi łatwo o tym opowiadać, każda rozmowa, kazdy wywiad kosztuje mnie tyle, że potem czuję się, jakby przerzuciła tonę węgla. To nie przynosi ulgi, przeciwnie.

Po co to więc robię?

Bo chcę zapobiec podobnym tragediom w innych rodzinach. Wiem, że można być blisko dziecka, można być w domu, gdy wraca ze szkoły, można z nim dużo rozmawiać i jeździć z nim na wakacje, nie mieć tematów tabu, a jednak wiedzieć o nim tylko tyle, ile ono samo chce powiedzieć. I może się zdarzyć, że to co ukrywa, jest bardzo niebezpieczne. Nam się to zdarzyło. Ale nie chcę, żeby zdarzyło się jeszcze komukolwiek innemu.

Po to opowiadam naszą historię. Po to zakładam fundację. Po to wszystkim znajomym rodzicom nastolatków mówię: róbcie dzieciakom testy na narkotyki. Na wszelki wypadek. Bo problem jest bardziej rozpowszechniony, niż wam i nam się zdaje. I groźniejszy, niż mogłoby się wydawać.

Opowiedziałam o tym, jak umiałam. Na dobór zdjęć i komentarze nie mam wpływu. Możecie myśleć o nas jako o rodzicach najgorsze rzeczy, pewnie i tak nie będą gorsze niż to, co podsuwa nam własne poczucie winy. Staraliśmy się, ale widać nie wystarczająco.

Wyciagnijcie jednak z tego jedną naukę: może się zdarzyć, że nie znacie swojego nastolatka tak dobrze, jak wam się wydaje. I może się zdarzyć, że ta niewiedza skończy się tragedią.

Osądzajcie więc, jesli musicie, ale przyjrzyjcie się tez swoim dzieciom. I zróbcie im test, róbcie je regularnie. Dilerzy są wszędzie, pod każdą szkołą, w każdym centrum handlowym. Trawa i inne narkotyki są prawie na kazdej imprezie nastolatków.

Moja koleżanka, gdy dowiedziała się o naszej historii, czym prędzej zrobiła test swojemu nastoletniemu synowi.  Nic nie wskazywało na to, że pali cokolwiek, że bierze cokolwiek. W moczu syna wyszła heroina, marihuana i morfina.

 

 

10:53, annafryczkowska
Link Komentarze (28) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Noc była mroźna, spałam pod wełnianą kołdrą, którą mama zrobiła z resztek sfilcowanych swetrów. Pod spodem było ciepło, ale nos mi zmarzł, bo okno uchyliłam jeszcze wieczorem. Przy zamkniętym na noc oknie dostawałam klaustrofobii. Na stoliku obok łóżka stał budzik czekając na 8.15, kiedy miał zadzwonić, żebym zdążyła do kościoła na mszę dla młodzieży.

Było jednak sporo wcześniej, gdy poczułam, że ktoś mnie tarmosi za ramię. Nienawidziłam, gdy tata budził mnie w ten sposób. Znowu szarpnął i krzyknął:

- Anka! Wstawaj! Wojna!

Głupi dowcip, chciałam powiedzieć, ale przecież wiedziałam, że tata z wojny nigdy nie żartuje. Jedną już przeżył. Głos drżał mu z przerażenia.

Zaczęłam się trząść. Bałam się podejść do okna.

Ale w końcu podeszłam, żeby je zamknąć. Za szybą wszystko wyglądało jak zawsze. Jak wczoraj.

Na skrzyżowaniu przy kościele stało coś, co nie było czołgiem z filmu o czterech pancernych, lecz czymś dużo większym, nieoswojonym. Przy tym pojeździe przytupywało dwóch chłopaków w zimowych mundurach. Mieli czerwone twarze. Staruszki ślizgały się po oblodzonych chodnikach i spoglądały na żołnierzy przerażone. Pytały o wojnę. Tamci jednak milczeli. Może było za zimno. A może zabronili im odpowiadać. A może wiedzieli tylko tyle, że mają stać przy opancerzonym wozie i przypominać nam, że nastał stan wojenny.

W kościele ludzie śpiewali "Boże coś Polskę". Wszyscy mieli łzy w oczach.

Z naszego bloku podobno zgarnęli w nocy dwóch solidarnościowców, podobno krzyczeli, podobno ktoś uciekał przez okno, kogoś gonili. Wszystko przespałam.

W telewizji co chwila przynudzał facet z żarówiastą głową w okularach, w kółko powtarzano to samo jego przemówienie. Nudził. Tata wyłączył telewizor. Już chyba przestał się bać. Przywykaliśmy.

Wieczorem w telewizji spiker w mundurze, ten, w którym podkochiwała się moja babcia, oznajmił, że z powodu stanu wojennego szkoły zostają na razie zamknięte. Ulżyło mi, bo z powodu wojny nie odrobiłam żadnych lekcji.

A następnego dnia rozpoczęły się najdziwniejsze ferie w moim życiu.

21:41, annafryczkowska
Link Komentarze (7) »
czwartek, 20 września 2012

Babstwo?
Może być i babstwo. Chociaż ja wolę słowo „siostrzaność”. A może siostrzeństwo? To lekko dyskryminujące, że nie ma kobiecego odpowiednika słowa braterstwo, a przecież tak by mi się teraz przydało.

Mija już rok, odkąd to słowo nabrało dla mnie nowego znaczenia. To właśnie rok temu spotkałyśmy się po raz pierwszy - kilkanaście pisarek, autorek różnych gatunków literackich, z różnych miast, o różnych upodobaniach i poglądach, w różnym wieku i w różnych stanach cywilnych, o różnych stanach posiadania i różnych dorobkach. Pewnie właśnie te odmienności spowodowały, że tak dobrze nam się rozmawiało. Nie tylko między sobą - rok temu w Siedlcach na Festiwalu Nauki i Sztuki odbyła się nasza pierwsza dyskusja panelowa pod hasłem "Rzeczpospolita Babska literkami pisana, czyli... trup w szafie!" zorganizowana przez Mariolę Zaczyńską. Wtedy też narodziła się pewna idea, o której za chwilę.

Co nas łączy? Brak zawiści. Współpraca. Chęć dobrej zabawy i dyskusji. Ciekawość świata. No i przede wszystkim miłość do słowa pisanego, niekoniecznie tego napisanego przez nas. Oraz fantastyczne spotkania w całej Polsce. Panele, podczas których siedzimy na scenie i dyskutujemy, a widzowie zżymają się, śmieją i biją brawo. Po Siedlcach były jeszcze duże panele w Sanoku i Gdańsku oraz wiele pomniejszych, w bardziej kameralnych składach.

Przez cały rok odbywały się też dyskusje internetowe i mniej formalne spotkania, w domach, w knajpach, z okazji i bez, w pełnym składzie i frakcjami. Razem też udało nam się dokonać czegoś ważnego, czego ukoronowaniem będzie impreza, która zaczyna się już jutro i potrwa do niedzieli - Festiwal Literatury Kobiecej w Siedlcach połączony z przyznaniem nagród za najlepszą popularną powieść kobiecą wydaną w 2011:

http://www.flk.siedlce.pl/?p=101

na który serdecznie zapraszamy osoby piszące, czytające i chcące porozmawiać o
pisaniu i czytaniu. Tu program imprezy:

http://www.flk.siedlce.pl/?p=107

Naczelnym spiritus movens tej imprezy jest nasza koleżanka, siedlecka pisarka i dziennikarka, Mariola Zaczyńska, która powinna butelkować swoją energię i sprzedawać, wtedy byłoby jeszcze więcej kasy na nagrody :-)
A żebyśmy tak bardzo nie zadzierały nosa, nadmienię jeszcze, że nie tylko my trzymamy się razem. Bo istnieją również

http://www.zbrodniczesiostrzyczki.pl/

Wygląda zatem na to, że zaczął się siostrzany literacki trend. Tak trzymać!

12:36, annafryczkowska
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 września 2012

Przeżyłam niezwykłą sobotę. Zaproszono mnie na Targi Książki w Katowicach, gdzie dwa razy w pewnym wyścigu wyprzedził mnie Stephen King. To honor przegrać z takim mistrzem. Ale od początku.

Grupa blogerów piszących recenzje książkowe, wśród których zdarzają się twórcy znakomitych, opiniotwórczych tekstów, jakich nie powstydziłoby się niejedno pismo literackie, drugi już rok przyznaje recenzowanym pozycjom nagrody zwane Złotymi Zakładkami. W tym roku zagłosowali na książki wydane w 2011.

Pękałam z dumy, bo mój kryminał „Kobieta bez twarzy” zajął dwa miejsca medalowe w dwóch kategoriach, powiedziałabym podstawowych dla kryminału, czyli „Najlepsza intryga” i „Najbardziej wciągająca książka".

Oto lista nagrodzonych, skopiowana stąd: http://zlota-zakladka.pl/2012/09/08/wyniki-plebiscytu/:

1. Najlepsze czytadło:

Miejsce pierwsze: Cukiernia pod Amorem. Hryciowie – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Miejsce drugie: Jeden dzień – David Nicholls

Miejsce trzecie: Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy – Maciej Grabski

2. Najbardziej poruszająca książka:

Miejsce pierwsze: Jeden dzień – David Nicholls

Miejsce drugie: Dziewczyna, która pływała z delfinami – Sabina Berman

Miejsce trzecie: Motyl – Lisa Genova

3. Najlepsza intryga:

Miejsce pierwsze: Dallas ’63 – Stephen King

Miejsce drugie: Kobieta bez twarzy – Anna Fryczkowska

Miejsce trzecie: Siostra – Rosamund Lupton

4. Najlepsza książka non-fiction:

Miejsce pierwsze: Bóg, kasa i rock’n'roll – Szymon Hołownia i Marcin Prokop

Miejsce drugie: Dzienniki kołymskie – Jacek Hugo-Bader

Miejsce trzecie: Gaumardżos. Opowieści z Gruzji – Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller

5. Najzabawniejsza książka:

Miejsce pierwsze: Bóg, kasa i rock’n'roll – Szymon Hołownia, Marcin Prokop 

Miejsce drugie: Natalii 5 – Olga Rudnicka

Miejsce trzecie: Bezduszna – Gail Carriger

6. Najciekawszy świat powieści:

Miejsce pierwsze: Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie – Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Miejsce drugie: Dallas ’63 – Stephen King

Miejsce trzecie: Hyperversum – Cecillia Randall

7. Najbardziej wciągająca książka:

Miejsce pierwsze: Jeden dzień – David Nicholls

Miejsce drugie: Dallas ’63 – Stephen King

Miejsce trzecie: Kobieta bez twarzy – Anna Fryczkowska

8. Najlepsza książka dla dzieci:

Miejsce pierwsze: Asiunia – Joanna Papuzińska 

Miejsce drugie: Pamiętnik Blumki – Iwona Chmielewska

Miejsce trzecie: Kazio i skrzynia pełna wampirów – Iwona Czerkowska

9. Najlepsza książka dla młodzieży:

Miejsce pierwsze: Światła września – Carlos Ruiz Zafon 

Miejsce drugie: Biala jak mleko, czerwona jak krew – Alessandro D’Avenia

Miejsce trzecie: Z ciemnością jej do twarzy – Kelly Keaton

Podziwiam inicjatywę, bo skądinąd wiem, ile trudu i czasu kosztuje zorganizowanie podobnej imprezy. Jak fajnie, że tylu osobom się chce czytać, pisać o czytaniu i promować czytanie oraz dyskutować o promowaniu czytania, bo w chwilę po rozdaniu Złotych Zakładek odbyło się spotkanie blogerów, niestety zamknięte.

Odbywające się po raz drugi katowickie Targi Książki nie były duże (w porównaniu z warszawskimi), ale wyszło im to na korzyść, bo (w odróżnieniu od warszawskich) było czym oddychać, można było w spokoju przeglądać książki i gawędzić z wystawcami, można było wreszcie w ludzkich warunkach kupować książki. Wydałam wszystkie pieniądze, które wzięłam ze sobą, a potem biegałam po Katowicach z trzema ciężkimi torbami książkowych zakupów.

Fajnie było posiedzieć na stoisku wortalu granice.pl, kierowanego przez Sławomira Krempę, tu pracują kolejni ludzie, którym się chce dużo robić dla czytelnictwa. Podpisałam trochę swoich książek, poznałam kilka fantastycznych osób, potem zjadłam obiad w literackim towarzystwie i pokrzepiona na pisarskim duchu wróciłam do Warszawy. Chcę jeszcze dodać, że konduktor z pociągu Beskidy, którym wracałyśmy, wyznał, że również jest w trakcie pisania powieści.  

Dyplomy ustawiłam w domu na honorowym miejscu. Gratuluję Małgosi Gutowskiej-Adamczyk, która w wielkim stylu skosiła dwie nagrody główne, przez co będzie musiała wykosztować się na półkę na statuetki (na której ustawi również statuetki z zeszłego roku). No i chciałabym wiedzieć, gdzie swoje dyplomy zawiesi Stephen King, kiedy już mu je wyśle wydawnictwo.

Tu jeszcze zdjęcie laureatów, jak kto chce popatrzeć.

 http://kreatywa.blogspot.com/2012/09/zjazd-blogerow-zlota-zakladka-ebuka.html

11:39, annafryczkowska
Link Komentarze (10) »
piątek, 07 września 2012

Nie, nie idzie mi pisanie. Odrabiam to, co doraźnie daje mi pieniądze, reszta leży odłogiem. Cokolwiek pomyślę, wydaje się albo zbyt błahe, by to ujmować w słowa pisane, albo tak ważne, podstawowe, że w słowa ująć się nie da, nie warto nawet próbować.  

11:59, annafryczkowska
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 lipca 2012

Co to znaczy kiepska recenzja? To nie recenzja, w której ktoś miażdży lub krytykuje mój tekst, stawiając merytoryczne zarzuty. To nie taka, w której ktoś polemizuje ze mną, porównuje mój tekst z innymi, ma zarzuty do konstrukcji, języka, maniery, wydźwięku. Nie, takie recenzje czytam z uwagą, po kilka razy, bo wiele się z nich uczę.

Kiepskie recenzje to te niezdarne kompilacje notki z okładki i recenzji z innych blogów okraszone kilkoma zdaniami autorki/autora udającymi pogląd własny, o wydźwięku na ogół pochlebnym. Pamięć do prozy mam prawie fotograficzną, więc te nieudolnie poklejone mozaiki od razu rzucają mi się w oczy. Co gorsza to wszystko jest napisane taką polszczyzną, że zęby bolą, autorom mylą się związki frazeologiczne, stosują błędne związki rządu (tak, to z gramatyki), w niewłaściwych znaczeniach używają słów ze słownika wyrazów obcych. Po przeczytaniu takiej recenzji wpadam w zadziwienie, któremu towarzyszy parogodzinny niesmak. Jest tyle innych pięknych hobby na „r”, czy trzeba akurat być recenzentką/recenzentem?

W takiej „ocenie” czuję dużo pogardy dla autorki i jej pracy. Po co dzielić się czymś takim? Może wystarczy pocieszyć się lekturą, a wnioski zapisać sobie w notesiku?

11:30, annafryczkowska
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 czerwca 2012

Człowiek udaje się na wczasy oczyszczająco-odchudzające na Kaszuby w nadziei, że oczyści się ze złogów tłuszczowych, bezsenności i wiosennej apatii, z toksyn i autoagresywnych komórek. Wszystko się udaje, człowiek wraca jak nowy, pełen nowej energii i pomysłów na życie. Gorzej, że wskutek tego czyszczenia pojawia się skutek uboczny: człowiek zostaje przy okazji dokumentnie oczyszczony również z wszelkiej chęci pisania, do tego stopnia, że nawet zapisanie listy zakupów wywołuje drżenie rąk i napad niechęci. A co dopiero pisanie bloga, czy – o zgrozo! – jakiejś powieści.

Na szczęście Warszawa jak zwykle niezawodna, w dwa tygodnie uporała się z tą nieznośną czystością za pomocą podwójnych espresso, wyziewów komunikacji miejskiej, lekkiego napięcia unoszącego się na ulicach, kacu po sobotnim meczu z Czechami, stresu rodzącego się od razu w tłumie i hałasie, gdy przytulona do spoconych pleców sąsiada podróżuję metrem w godzinach szczytu.

Całuję więc bloga w gorące czółko. Wróciłam.

11:06, annafryczkowska
Link Komentarze (2) »
środa, 23 maja 2012

Są miasta i miasteczka, gdzie człowiek od razu zaczyna myśleć, że życie jest bez sensu i że po co się wysilać, skoro koniec jest znany od początku. Inne, tak przytłaczające rozmiarem i tłumem, że aż dziw, że nie zgniotą, nie wdepczą w asfalt. Są wreszcie takie, szczególnie dla mnie ważne, gdzie od razu chce się tworzyć, wymyślać, klecić historie, rozłożyć laptopa na parapecie, by patrząc na pejzaż kreować nowe światy. I właśnie w ostatni weekend znalazłam takie miejsce, nieoczekiwanie, niespodziewanie, to miał być przecież jeszcze jeden wyjazd na panel pisarski podczas Nocy Galicyjskich, a tu takie odkrycie.

Sanok. Miasteczko w Galicji. Położone na wzgórzu, zewsząd otoczone pięciogwiazdkowymi widokami na San i góry, a w środku starannie odrestaurowane kamienice siedemnastowieczne, dziewiętnastowieczne, secesyjne, bardzo dobre rzeźby z czasów komunizmu, trochę gorsze budynki współczesne, ale wiele potrafię wybaczyć tym uprzejmym ludziom, urocze kawiarenki (prawie ich tu tyle co we włoskich miasteczkach), przewrotnie różowy ratusz, świetnie odrestaurowany zamek z dwiema galeriami klasy światowej.

I nawet obiad z władzami miasta i starostwa okazał się nie sztywną oficjałką, lecz miłą pogawędką jak ze starymi (a właściwie młodymi, bo tu rządzą młodzi ludzie) znajomymi, którzy czytają podobne rzeczy i zakochani są po uszy w Sanoku i okolicach.

A wracając do sanockich galerii światowej klasy: w tutejszym zamku znajduje się zbiór ikon, największy w Europie Zachodniej, zaiste imponujący, kilkaset lat tej sztuki, do tego zrekonstruowany ikonostas i bardzo kompetentna przewodniczka, której opowieści o tym malarstwie słuchało się jak najlepszej powieści.

A druga galeria... Beksiński w większych dawkach zawsze powoduje u mnie strach i trwogę, sięga głęboko, nie wiem nawet, czy nie za głęboko, ale czasem trzeba przeczesać się również w środku.

Zdzisław Beksiński zapisał w testamencie wszystko, co do niego należało, miejscowemu muzeum. Nie bez przyczyny, bo po pierwsze: ewentualni spadkobiercy z rodziny już nie żyli, a po drugie: tu się urodził, wychował i mieszkał, tu go kochano i ceniono. Galeria Zdzisława Beksińskiego, piewcy śmierci, została otwarta w zeszły piątek, 18 maja. Poza obrazami Beksińskiego, zdjęciami, grafikami i rzeźbami ze wszystkich okresów twórczości mamy tu również  liczne filmy, jego zrekonstruowaną pracownię z ulotkami do jedzenia na wynos, z rzędem błękitnych lamp, biurkiem i imponującym zbiorem CD (czego słuchał człowiek, który tak malował?).

Nie zdążyłam obejrzeć najlepszego ponoć skansenu w Polsce, czyli Miasteczka Galicyjskiego, ale na szczęście, powodowana miłością od pierwszego wejrzenia, zaplanowałam sierpień w Sanoku, kiedy nasycę się po brzegi i obejrzę co chcę w czasie, jaki na to potrzebny, bo wcale mi się nie chce w Sanoku spieszyć.

Nie ja jedna się zakochałam w tej okolicy, bo pomieszkuje tu i znany pisarz Jacek Komuda, wraca tu co chwila aktor i śpiewak Lech Dyblik, na kolejny tydzień została w okolicy pisarka Manula Kalicka. A inni jeszcze tu zapewne nie trafili.

No to do zobaczenia.

 

PS. A sam panel pisarek podczas Nocy Galicyjskich, goszczące nas osoby i inne wspaniałości świetnie opisała pisarka i współpanelowiczka Mariola Zaczyńska:

http://gryzipiorek.blogspot.com/2012/05/od-lewej-mariola-zaczynska-magdalena.html

 

Tagi: Sanok
11:59, annafryczkowska
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 maja 2012

 Dlaczego zrobiłaś krzywdę kotom? Dlaczego podpaliłaś kota? Co one ci zrobiły? Ostatnio, z kilku stron, doszły do mnie oburzone pytania, w związku z moją nową powieścią kryminalną „Starsza pani wnika”. Odpowiadam:

Ja nie zabijam kotów. Robi to natomiast mnóstwo podwórkowych sadystów.

Opisałam to tak, że mnie samą serce bolało, bo chciałam, żeby czytelnicy zrozumieli - pastwienie się nad zwierzętami jest zbrodnią. Potworną i wymagającą kary. Należy o tym mówić jak najwięcej, uwrażliwiać ludzi, pokazywać okrucieństwo zabójców i bezradność tych, którzy patrzą na ich bezkarność.

Śledztwo w sprawie zabójstwa kota? Słyszeliście kiedyś o czymś takim? Nie ma środków. Nie ma czasu. Nie ma woli. Wiele osób przekonało się już, że kocie zwłoki dużo mniej ważą niż ludzkie, również w sensie metaforycznym. Boli mnie to.

Zbrodni popełnionej na zwierzętach nie wolno lekceważyć. Trzeba ją karać i piętnować. Co bolesne: często muszą się tym zająć tzw. zwykli ludzie, skoro organa nie reagują lub reagują opieszale. Moje bohaterki wzięły więc sprawę w swoje ręce, zajęły się zarówno poszukiwaniem sprawcy, jak i wymierzeniem sprawiedliwości. Fakt, to trochę Dziki Zachód, ale jeśli chodzi o cierpienie zwierząt tak to u nas często wygląda.

Opisałam też zabijanie człowieka. O człowieka nikt nie pyta. O koty spytało już parę osób. Powtarzam im wszystkim: traktuję te zbrodnie równoważnie. W obu jest zbrodnia, zwłoki, śledztwo, w obu następuje również kara, w przypadku kotów może nawet bardzo okrutna, bo wymierzona własnoręcznie, w emocjach, w bezradności.

I jeszcze: 

W domu mam dwa koty. Jeden kiedyś zeskoczył z balkonu. Nie było go w domu przez całą noc. Wrócił nad ranem z całym grzbietem pociętym jakimś ostrym narzędziem. Wydobrzał. Ale do dziś nie wiem, kto mu to zrobił.

11:58, annafryczkowska
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2